Jak to było z naszą działką?

Nad kupnem ziemi pod Wrocławiem zastanawialiśmy się już bardzo dawno. Właściwie chyba ze 4 lata temu. Byliśmy (nadal jesteśmy) wprawdzie wtedy smarkaczami (22/23 lata), ale w naszym życiu generalnie wszystko dzieje się szybko. Zapewne podówczas nie dalibyśmy rady nic wybudować, nawet o tym nie myśleliśmy bo byliśmy studentami marzącymi o tym, żeby nad ranem, na bombie jak najszybciej i jak najtaniej dotrzeć domu i nie uśmiechało nam się mieszkać gdzieś na wsi.

Na gościa, który chciał 130 zł za m2 uzbrojonej działki patrzyliśmy jak na powalonego.

W 2005 kupiłem mieszkanie. 50 m2 we Wrocławiu za śmieszne 120 tys. Rok później ceny mieszkań oszalały i było warte już 2 razy tyle. Czuje pomyślałem, że pewnie tak samo będzie z działkami. W kolejnym roku zaczęliśmy się więc nieśmiało rozglądać. Szukaliśmy czegoś w granicach 100 zł./m2 najlepiej blisko miasta. Padło na Kiełczów. Wrocławianie wiedzą – Kiełczów to właściwie Wrocław. Dziś jak myślę o tej cenie to łezka mi się w oku kręci, ale nawet dawało się coś znaleźć w takich pieniądzach. W każdym razie na gościa, który chciał 130 zł za m2 uzbrojonej działki patrzyliśmy jak na powalonego. Ale wtedy zabrakło motywacji i stanowczości.

Gdy rok później (2007?), gdy zaczęliśmy się znów orientować – działki w tym samym miejscu potrafiły już kosztować 350 zł/m2 i więcej. Z myślą o budowie domu prawie się rozstaliśmy. A przynajmniej nie w Kiełczowie. Za 100-120 zł można było coś znaleźć ale 10-15 km od Wrocławia w wioskach z cyklu „2 drogi na krzyż” (Kamień, Piecowice, Byków, Pasikurowice itp). Jak dzisiaj o tym myślę to dziękuję niebiosom, że i wtedy zrezygnowaliśmy, chociaż kilka działek oglądaliśmy dość poważnie.

Do tematu wróciliśmy na przełomie 2008/2009 roku. Pojawił się ukochany kryzys, objawiający się tym, że dostaliśmy lepszą pracę a ceny gruntu spadły. Nasz znajomy właśnie „budował się” (nienawidzę tego określenia) w Kiełczowie (szczęściarz miał działkę od rodziców), ale po okolicznych gruntach na sprzedaż poruszał się jak rasowy GPS. Jego ulubionym zajęciem było lokalizowanie działek po zdjęciach odnalezionych w internecie a wstawionych przez szczwane biura nieruchomości tak, żeby nikt do końca nie poznał gdzie to jest i nie kupił ich bez pośredników.

Stwierdziliśmy, że jak nie teraz to nigdy. Ceny znów spadły do wyobrażalnych acz nadal nieludzkich poziomów 🙂 Za 170-200 zł można było upolować coś fajnego w Kiełczowie. Znajomy – nazwijmy go Rysiek – oprowadził nas po kilku miejscach. Ta, którą dzisiaj mamy podobała mi się z początku najmniej. Ale kosztowała 200 zł, była położona w najlepszym miejscu i miała już warunki przyłącza mediów (co potem okazało się nie do końca tak kolorowe). Więc zaczęliśmy działać…

… ciąg dalszy nastąpi 🙂

Czytaj część drugą >>

Skomentuj

 

 

Obraz CAPTCHY

Odśwież obrazek

Subskrybuj bez komentowania