Generalny wykonawca czy system gospodarczy

Siedzę już cały poranek na liczeniu opłacalności zakupu lepszego styropianu, badaniu tematu grzejników kanałowych oraz ogrzewania podłogowego. I generalnie w podobny sposób spędzam popołudnia. Tak doszedłem do wniosku, że budowa domu to właściwie drugi etat. A i tak całą budowę organizuje mi właściwie wykonawca…

Żona już się czasem irytuje, że ciągle tylko przed komputerem, że wokół biurka całe stosy papierów, projektów, notatek, katalogów i ofert. Ale tak to właściwie wygląda – jeśli mamy do wydania kwotę X to chcielibyśmy dostać w tej kwocie jak najwięcej jak najlepszego. A opcji i decyzji są dziesiątki, z czego SSO (najefektowniejszy etap budowy) to największa łatwizna… o ile już zdecydujemy czy piętrowy czy parterówka, jaki rodzaj ściany, jaki materiał na nią, jaki fundament, jak go zaizolować, jaki strop, jakie schody (jeśli są), jakie pokrycie dachowe i co pod nie, potem jeszcze okna i w między czasie rodzaj rolet. Już na tym etapie warto z grubsza wiedzieć jak rozprowadzić kanalizację (a to już przecież zahacza o wykończeniówkę), jak dom będzie ogrzewany (czy zostawić miejsce na grzejniki kanałowe albo przewidzieć grubszą posadzkę na ogrzewanie podłogowe) i jeszcze masę masę innych spraw… no dobra.. SSO to jednak nie łatwizna. Więc jak nazwać późniejsze decyzje dotyczące instalacji, ogrzewania, tynków (masakra jaka jest np. różnorodność tynków zewnętrznych)? Każdy taki temat to kilka dni analiz i obliczeń. Czy się opłaci, czy nas stać, czy się zwróci, czy warto?

A to i tak jest ta „bierna” część budowy. Bo przecież są ludzie, którzy każdy najmniejszy pręt zbrojeniowy kupują samodzielnie, dostarczają wykonawcy każdą listwę i śrubkę i potrafią to wszystko wyliczyć i porównać z dokładnością do groszy. Mało tego, są nadal ludzie, którzy budują tradycyjnym systemem gospodarczym – tzn. sami, ze szwagrem, wujem, sąsiadem, popołudniami, weekendami, latami. Wielki szacun dla nich, podziw i w pas ukłon.

Osobiście ja w ten sposób nie dałbym rady budować. Już pomijając umiejętności (wszystkiego można się nauczyć i na forum Muratora z łatwością znajdzie się osoby, które budują samodzielnie chociaż z budownictwem nigdy nie mieli styczności). Ale to chyba psychicznie przerasta moje zasoby cierpliwości i zdolności do poświęcenia. Zawsze byłem zdania, że budowa nie jest celem samym w sobie a tylko skomplikowanym etapem, który najlepiej, żeby się jak najszybciej skończył. Dlatego od początku zastanawialiśmy się z żoną jak to załatwić jak najszybciej i jak najmniej boleśnie. W grę wchodził domek kanadyjski budowany w 3 miesiące. Ale odpadł z kilku względów,  o których może napiszę innym razem. Potem napatoczył się wykonawca, który mógł nam zbudować ten dom od podstaw do stanu developerskiego (lub nawet pod klucz) bez naszej ingerencji. To nam pasowało – oboje jesteśmy dość czynni zawodowo i generalnie nie mamy czasu ani umiejętności nadzorować budowy.  Tzn. tak nam się wydawało.

Wcale się nie dziwie, że osoby, które skończyły budowę odczuwają nagle pustkę w życiu. Próbują ją wypełnić doradzaniem (czyt. truciem dupy) świeżo upieczonym sąsiadom-inwestorom.

Po głębszych analizach okazało się, że można sporo oszczędzić (lub uzyskać lepszą jakość materiałów) gdy budowę podzieli się na kilka dużych etapów, pomiędzy kilku wykonawców, a niektóre rzeczy, niewielkim nakładem czasu zrobi się samodzielnie. Okazało się też, że jednak nie jest tak źle z naszymi znajomościami w branży budowlanej i znamy kilka osób, które mogłyby nam pomóc. Podpisaliśmy więc ostatecznie umowę z naszym niedoszłym Generalnym, który na razie odpowiedzialny jest za SSO. Okna załatwiliśmy sami, całość dachu (konstrukcja + pokrycie) będzie robiona, przez takiego mojego niby znajomego, potem na tynki wylewki, ocieplenie i instalację wodno-kanalizacyjne znów wejdzie nasz „Generalny”. Instalację elektryczną zrobi nam mój teść (w końcu elektryk :). Instalacja grzewcza to wg mnie zbyt gruba sprawa, żeby zaufać Generalnemu, który „zna się na wszystkim” i najpierw zlecimy profesjonalny projekt wykonawczy dostosowany dokładnie do naszego domku, a potem znajdziemy wykonawcę, który dostarczy i zmontuje całość. Wykończeniówka to robota po części dla nas samych, po części dla dobrego znajomego teścia (kafle, podłogi, zabudowy), po części dla firmy od kuchni. Nie chcemy się rozdrabniać w kilkudziesięciu wykonawców, dlatego podobne zlecenia będziemy starać się łączyć w grupy. Zazwyczaj wtedy jest taniej i łatwiej to zorganizować. Np. schody i barierki to jedna firma, elewacje drewniane i tarasy to kolejna. Ogrodzenie i sprawy dookoła domu – następna firma itd. I tak – podział budowy na kilkanaście większych tematów, znalezienie sprawdzonych ekip odpowiedzialnych za materiały+robociznę to oszczędność kilkudziesięciu tysięcy (w moim przypadku na samym dachu około 10 tys. mimo wyboru 4 klasy lepszej dachówki) w porównaniu do wykonawcy generalnego i mnóóóóóóstwa czasu w porównaniu do systemu gospodarczego. Zresztą definicja systemu gospodarczego wydaje się ostatnio zmieniać i coraz rzadziej oznacza budowę tymi ręcami, a coraz częściej koordynację kilku ekip i (ewentualnie) dostarczenie materiałów.

Nie zmienia to faktu, że nawet samo podejmowanie decyzji, załatwianie formalności i dogrywanie ekip to robota na etat chociaż można to też traktować jako hobby. Wcale się nie dziwie, że osoby, które skończyły budowę odczuwają nagle pustkę w życiu. Próbują ją wypełnić doradzaniem (czyt. truciem dupy) świeżo upieczonym sąsiadom-inwestorom.

Wielce wskazane jest żeby chociaż jedna osoba miała chociaż troszkę elastyczny czas pracy (ja na szczęście mam), aby mogła podjechać na budowę czy do urzędu w normalnych porach. Budowanie domu tradycyjnym systemem gospodarczym czy nawet w modelu „kilkanaście ekip, własnoręczne zakupy materiałów” musi być niezwykle karkołomne w połączeniu z pracą zawodową. Dlatego tak wiele osób decyduje się na zakup (teoretycznie mniej opłacalny) mieszkania lub gotowego domu od dewelopera. Ale jak sobie myślę ile ja detali samodzielnie dopracowuje, ile się stresuje nad każdą niedoróbką… a ludzie kupują gotowe domy… to jak kupowanie kota w worku… ale cóż.. nieraz nieświadomość to błogosławieństwo 🙂

Skomentuj

 

 

Obraz CAPTCHY

Odśwież obrazek

Subskrybuj bez komentowania